Wczoraj nie wyrobiłam się z postem, z góry przepraszam:) Ogólnie, głodówka przeszła mi koło nosa. Jak już zaczęłam coś jeść to musiałam przez cały dzień coś skubnąć, bo głód się włączył. Byłam na 13 u babci, dała mi zupy kalafiorowej (praktycznie sama woda) i kromkę ciemnego zjadłam. O 14.30 wróciłam do domu, ale obiad dopiero zjadłam o 17, potem już cały wieczór nic (byłam poza domem, kolega mnie wyciągnął). Wróciłam do domu po 12 w nocy jakoś, byłam trochę zmęczona i głodna, ale poszłam od razu spać. Cieszyłam się i czułam jak wystają mi kości biodrowe, jak dobrze wpływają na mnie te niskie bilanse... :) Kocham ten stan. Choć głód potrafi dawać znaki, ale nie zwracam większej uwagi na to. :) Myślę po prostu o tym, że robię dobrze dla siebie i że tak musi być :)
Bilans 15.06
Śniadanie: smothiee z garści truskawek 20 kcal, 2 łyżki ziarek słonecznika 100 kcal, woda.
II śniadanie: kalafiorowa 50 kcal, kromka ciemnego z ziarkami 70 kcal
Obiad/podwieczorek: pieczone (udko? taki a'la trójkąt) 180 kcal, 3 małe ziemniaczki 90 kcal, pomidor 20 kcal, 1/3 cebuli
Razem: 590 kcal
Ps.: Pisałam wczoraj esy z Kamilem. Jak się cieszę, że żyje. Za nie długo wpadnie mnie odwiedzić. Już 2 noce mi się śni... :o



Bilans super :)a z Kamilem, myślę że powinnaś wyjaśnić sprawę żeby spadł Ci ciężar niepewności. Powodzenia, trzymam kciuki :*
OdpowiedzUsuńjak wróci to koniecznie musisz wyjaśnić z nim kilka spraw, oby wszystko było dobrze C;
OdpowiedzUsuńKochanie, zapraszam Cię na grupę na facebooku. Szczególy u mnie na blogu w najnowszym poście.
OdpowiedzUsuńhttp://being-light-ana.blogspot.de/